Rozmowę z panem Stanisławem Paszkowskim [rocznik 1935] przeprowadziła Katarzyna Marciszewska. Tekst stanowi cześć jej pracy magisterskiej o wypędzonych kresowianach z okolic Lwowa do Wielgowa koło Szczecina. Pracę Autorka obroniła w 2008 roku.
[Rozmowa pochodzi z roku 2007].

Katarzyna Marciszewska: Proszę podać imię i nazwisko, rok i miejsce urodzenia, miejsce zamieszkania przed wojną.

Stanisław Paszkowski: Stanisław Paszkowski, 1935 rok, urodzony w Rzęśnie Polskiej i przed wojną w tej Rzęśnie Polskiej mieszkaliśmy, aż do wyjazdu na Zachód.

KM: Proszę podać Pana datę przybycia do Wielgowa.

SP: W maju 1946 roku przyjechaliśmy.

KM: Z kim przybył Pan do Wielgowa i dlaczego Pańska rodzina zdecydowała się opuścić swoje miejsce zamieszkania?

SP: Przybyłem z moją rodziną, mama, tato mówiąc po lwowsku, brat starszy, siostra jeszcze się nie urodziła i jeszcze jej nie było. Teraz sobie to kojarzę. Ona w 1947 roku urodzona. Więc ojciec, matka, brat Edward i ja. Czwórka nas przybyła. Przybyliśmy dlatego, że tu nas po prostu los rzucił. To był transport zorganizowany przez władze i nie mieliśmy na to żadnego wpływu na to, gdzie nas zawiozą.

KM: A czy ktoś został z Polaków w Rzęśnie?

SP: My wyjeżdżaliśmy ostatnim transportem z Rzęsnej. Pierwszym transportem wyjechała babcia z siostrami i w Słubicach ten transport został osadzony. Ten pierwszy nasz z Rzęsnej Polskiej. Drugi transport do wsi podwrocławskiej – Żerniki, Stabłowice. Wrocław. Tam ten drugi transport. A nasz trzeci, ostatni tu nas osiedlono.

KM: Nie było możliwości, aby wszystkich w jedno miejsce przynieść?

SP: To na to wpływu nie mieliśmy. Myśmy się kontaktowali przy pomocy takich możliwości skromnych pocztowych i wiedzieliśmy, gdzie kto jest i był PUR, czyli Państwowy Urząd Repatriacyjny, który jakoś pomagał w kontaktach. Można było uzyskać informację, gdzie kto jest.

KM: Ile trwała i jak wyglądała podróż?

SP: No, podróż była bardzo fajna i to dużo przygód było. Trzeba było się przygotować, a więc ten cały skromny majątek, który był, trzeba było na przykład z kocy poszyć płaszcze. Po prostu wyprawić się do podróży to znaczy przede wszystkim ubrania, zapasy jedzenia i nas wywieziono do Brzuchowic. To jest taka piękna miejscowość letniskowa, sanatoria przeciwgruźlicze, jeszcze jakieś 8 – 12 km od Lwowa, a od nas w linii prostej jakieś 4 – 5 km na północ. I tam w Brzuchowicach na bocznicy podstawiono wagony towarowe do których nas zapakowano, że tak powiem, po 2 – 3 rodziny w zależności od wielkości tych rodzin. W oddzielnych wagonach jechał dobytek żywy: krowy, konie. Tam ludzie zabierali ze sobą inwentarz. Jak to trwało długo? To była dla nas, dzieciaków, cudowna przygoda, bo pociąg jechał pomału, zatrzymywał się. To trwało gdzieś tak około miesiąca ta podróż. 3 tygodnie, miesiąc, już dokładnie nie potrafię powiedzieć, jak długo. W każdym razie były długie postoje. Bawiliśmy się, skakaliśmy z dachów, ganialiśmy się w czasie jazdy po szczytach wagonów. Bardzo fajna przygoda dla nas, dzieciaków. Myśmy to bardzo entuzjastycznie przyjęli i po prostu tej grozy wojny jeszcze żeśmy nie odczuwali. A jakieś takie nadzieje, że może będzie lepiej. Każdy z taką nadzieją jechał. I przede wszystkim najważniejsze, jak przyjechaliśmy tutaj, nie wiem, czy to rozmówcy mówili, wszyscy byli przekonani, że my za tydzień, dwa, trzy, będziemy wracać do Lwowa. Nie ma co tu się rozpakowywać, nie ma co brać… Były takie piękne domy duże… A po co ci taka kamienica? Mówi ojciec. Żeby byle w jakiej chatce, aby tylko było mniej okien do reparacji. Także żeśmy tutaj na tymczasem. A tymczasem już trwa 60 lat zeszło. Takie tymczasem!

KM: Ile osób podróżowało tym transportem?

SP: To było, ja nie wiem, na pewno było około dwadzieścia parę wagonów. Jakby założyć, że 20 wagonów, które były rodziny po 10 osób, to 200 osób w takim transporcie na pewno jechało. 250 osób.

KM: Rzęśnianie przyjechali po zubrzanach?

SP: Pierwszy transport, jak myśmy przyjechali, był już jeden transport z Zubrzy. I później był drugi transport z Zubrzy. Dokładnie to może Bronek Dzikowski skojarzyć. Już byli zubrzanie. Już byli osiedleni. I później jeszcze jeden transport z Zubrzy dojechał.

KM: Jak was przyjęli zubrzanie?

SP: Tak od razu jakieś były, jak to zwykle, każdy próbował… W ogóle wtedy to były inne czasy niż teraz. Była taka niesamowicie spontaniczna życzliwość i chęć pomocy jeden drugiemu. Tak wszyscy się cieszyliśmy, że już nikogo nie rozrywa na kawałki, że nie ma wybuchów, że nie ma bomb, nie rozrywa ludzi, że po prostu można sobie żyć, upiec chleb, dzielić się tym co ma. Wstawał chłopak, zagrał na harmonce i młody chłopak już z babunią szli w tany. Radość rozsadzała wszystkich i chęć niesienia pomocy. Zupełnie inne społeczeństwo, życzliwe, spontaniczne społeczeństwo i w takiej atmosferze, pomijając takie drobne waśnie, bo one zawsze tam będą, to można powiedzieć, że to był cudowny, takie spontanicznie przeżywanie końca wojny. Szybko te rodziny… powżeniali się ze sobą. Zubrzanie z Rzęsną i jeśli by ktoś poważnie chciał powiedzieć, że były jakieś zatargi, to będzie nieprawda, pomijając jakieś przypadki indywidualne, że ktoś kogoś tam pobił, czy ukradł.

KM: Jednakże moi poprzedni rozmówcy opowiadali na przykład o tym, że niezbyt przychylnie odnoszono się do tego, kiedy na przykład rzęśnianin spotykał się z zubrzanką.

SP: No to są właśnie takie normalne, ludzkie takie historie, ale to były incydenty i to były, że tak powiem przywary takiego, jakiegoś starego myślenia, zasiedlenia, ale to szybko to młode społeczeństwo. My młodzi wszyscy od razu inaczej to pojmowali i żeśmy zdominowali tak tych wszystkich starych ludzi, wtedy już naszych dziadków, którzy mieli zakorzenione takie jakieś waśnie, że to trzeba tylko swojego, że to nie jest swój. Wszyscy byliśmy swoi. My, młodzi bardzo szybko pokonali te wszystkie waśnie i było fajnie.

KM: Czy rzęśnianie podróżowali bez księdza?

SP: Tak. To znaczy ksiądz nasz pojechał z innym transportem wcześniej. Jak była jedna wioska, jedna parafia i trzy transporty szły w różne strony Polski, no to nasz ksiądz pojechał pierwszym transportem, z największym transportem do Słubic i tam Rzepin, Słubice i tam też mam rodzinę.

KM: Jak Pan wspomina księdza Bryczkowskiego?

SP: Ja go nie pamiętam. Ja byłem dzieckiem.

KM: Czy kiedy przybył Pan do Wielgowa to czy przebywali tam jeszcze jacyś Niemcy?

SP: Chyba coś było, że tam Ruscy przede wszystkim grasowali i okradali nas wszystkich. Gdzieś być może… Ja nie słyszałem, ale być może pojedynczy przypadek jakiś był, że gdzieś tutaj w Załomiu, czy gdzieś tutaj, na tej drodze, jakichś Niemców spotykano. Przede wszystkim była taka cała wioska, gdzie Sławociesze i przy autostradzie. Ona została wyburzona. Wywozili szabrownicy cegły na budowę Warszawy, żeby zarobić, całe transporty. Cała ta wioska była niezasiedlona i rozebrano te budynki. I tam jeszcze jacyś Niemcy chyba byli. Może wiedzieć… Ale chyba nie było już Niemców. Nie było, nie było.

KM: Czy ktoś nadzorował przejmowanie domów czy każdy brał to co chciał?

SP: Dom był wolny, to każdy brał, dowolnie wybierał, zmieniać mógł. Później dopiero zapisywano i to długo trwało. Można było sobie dom zmienić. Później dopiero gdzieś po paru miesiącach te porządki… Jakiś był urząd, sołtys. Jakoś to ewidencjonowano. Ale z początku każdy mógł. Oczywiście ci pierwsi zubrzanie oni zabrali najlepsze gospodarstwa. Na przykład tam, gdzie Mączka, tam była dobra ziemia ciemna, a tam na Sybirakach są piachy. To tam się nikt nie osiedlał, bo to byli rolnicy tacy, co chcieli… Dzikowscy tutaj, Cały Józek też tutaj taki był. Przy rogu Bałtyckiej, Długiej, ci pobrali najlepsze gospodarstwa jako pierwsi.

KM: A Państwo jakie wzięli?

SP: Myśmy mieli taki przy Zawrotnej, w lasku. Tu przyjechaliśmy z takim Panem, starym kawalerem, dwumetrowcem i później żeśmy nawet… W każdym razie wyprowadziliśmy się. Taki piękny domek, pałacyk, taki z cegły. Przy Zawrotnej obecnie on jest. I myśmy się stamtąd przeprowadzili, bo nie mogliśmy już razem z nim wytrzymać. Był domek wolny niedaleko i żeśmy się przenieśli tam. Na Wesołą się przeprowadzili. Z Zawrotnej.

KM: Jaki był stan przejętego domku?

SP: Ten zupełnie fajny. Ale w ogóle wtedy się ganiało za oknami, za futrynami, za drzwiami. Zrywało się okna, futryny, żeby sobie oszklić, bo okna były powybijane. I się to jakaś łatało, robiło. I tak powiadam, można było piękne pałace mieć. Ja chciałem na przykład mieszkać naprzeciw przychodni w Wielgowie. Taki duży dom. Tam Jarmusze się sprowadzili. I tam chciałem mieszkać. To były domy. Ale to były takie marzenia dziecięce. Ja chciałem mieć duże, ładne miejsce, dom, ale rodzice: Nie! Mały domek, bo za tydzień będziemy wracać!

KM: Czy porównując dom z Wielgowa z domem z Rzęsny, czy to była zmiana korzystna.

SP: Żadnego porównania nie ma. Tam mieliśmy kurną chatę. Kurna chata, nie wiem, czy wiesz, na czym to dokładnie polega? Na tym, że nie ma komina. I dym wychodzi od razu na taki strych otwarty i to się tam rozchodzi. Słoma się robi taka czarna, smolista aż. Ciepły ten dom, ale tak jakby go zapałką podpalić to by poleciało. I z takiej kurnej chaty. Niektórzy mieli w tym czasie… Próchniccy mieli wybudowany, murowany domek. To był wielki luksus, jak ktoś miał. Bardzo mało ludzi miało. Myśmy wyjeżdżali w tym czasie, kiedy niektórzy bogacze już sobie te murowane domki mieli. My nie mieliśmy takiego. Także absolutnie nieporównywalne warunki tam. W jednej izbie wychowywaliśmy się. Przedzielona była kuchnia i dalej taki pokój z kuchnią. Był piec duży. To były bardzo fajne czasy.

KM: Czyli zamiana była korzystna?

SP: W sensie materialnym korzystna i były takie możliwości pracy tutaj. Także to tak w sumie można powiedzieć, że to był taki korzystny oddech dla wielu osiedleńców stamtąd. Z tymże, że to było wszystko domena czasów. Tam po latach lepiej by było niż wtedy, bo wszystko się rozwija i po prostu z tamtego prymitywizmu… Tu było, można powiedzieć, bardziej to było ucywilizowane. Tu byliśmy jakieś 20 lat do przodu.

KM: Czy były problemy z uruchomieniem i obsługą maszyn niemieckich? Na przykład z centralnym ogrzewaniem?

SP: Nie, to były piece kaflowe. Wtedy były piece kaflowe. Nigdzie nie było centralnego ogrzewania. Centralne ogrzewanie to dopiero później zakładano. Były piece kaflowe. Jeśli chodzi o maszyny, to rolnicy chcieli, którzy mieli tam jakiś sprzęt, to dawali sobie ludzie radę. Nawet jakiś stary traktor wyremontować, to nie było problemów żadnych. Z przejęciem, że tak powiem tych ruchomości użytkowych, to nie było problemu. Palenie to tam było. Drewno w lesie.

KM: Czy domy było rozszabrowane?

SP: Tak. I gdzie tylko się dało, jeszcze jakiś stał budynek, gdzie było trochę cegły, podjeżdżali i to wszystko szło na odbudowę Warszawy. W tym wielkim entuzjazmie budowania nowej Polski, nowego życia, to nie bardzo nawet zwracało się uwagę na to, że to jest kradzież. To była praca jego, że on to oczyszczał, cegły wywoził, sprzedawał, handlował. Bardzo duże pieniądze robili. Po prostu nie traktowaliśmy tego jako zło wyrządzane tutaj nam, tylko po prostu szło na odbudowę Warszawy. Szło do Warszawy, żeby odbudować naszą stolicę. I to taki ten patriotyzm brał górę nad lokalnymi.

KM: Nie było żadnych problemów z bandami szabrowników?

SP: Problemy były, że tak powiem, z Rosjanami, z żołnierzami, którzy stacjonowali tu i ówdzie, mieszali się, pili wódkę, zabijali, gwałcili. To były takie różne historie. Jakbyśmy byli w innej sytuacji, to bym ci takie anegdoty opowiadał, ale jesteś skromna dziewczyna i nie mogę ci powiedzieć, kto komu co przestrzelił.

KM: Naprawdę?

SP: No pewnie. Taki był K. się nazywał z Milicji Obywatelskiej. To było wtedy to ochotnicze ORMO. I ludzie chodzili sami i robili patrole, pilnowali, żeby nie byli jacyś szabrownicy, złodzieje, bandy, żeby się po prostu bronić. To sami się organizowali ci starsi, dorośli. I też taki, zabili tutaj na stacji kolejowej, były zabawy, była taka poczekalnia. Jakbyś przeszła na drugą stronę z Wielgowa, od szkoły. Przechodzisz i jest przystanek autobusowy, to tuż za torem, po prawej stronie tak jak jest ten peron, jak się jedzie do Stargardu to tuż za tym peronem była świetlica, były budynki. I tam były zabawy taneczne. I tam nożem uderzył Rosjanin jakiegoś Polaka. Później uciekali. Ten z cmentarza strzelił. Już pod lasem byli i przestrzelił mu krocze. Ten K. On krwawił i przyprowadzili tych zaraz, narobili hałasu. Przyjechało dowództwo, przyjechali żołnierze. Ten, ten, pach, pach. Zastrzelili ich. Na naszych oczach zastrzelili tych żołnierzy, żeby bronić porządku, że oni tutaj… Także tutaj takie było prawo wojny.

KM: Rosjanie ich zabili?

SP: Sami swoich. Wyciągnął pistolet, zastrzelił i koniec.

KM: Słyszałam również tą opowieść. Z tymże pan Dzikowski nie pamiętał, co się stało z tymi Rosjanami.

SP: Zastrzelił tego jednego albo dwóch, zastrzelił dowódca od razu i skończył się incydent.

(…)


Tekst publikowany za zgodą Autorki.
Polecamy stronę: www.marciszewska.com

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here