9 września 1944 roku delegacja Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego podpisała pierwsze umowy z zachodnimi republikami ZSRR w sprawie wymiany ludności. W umowach podkreślano dobrowolność przesiedleń, ale były to tylko piękne słowa, o czym mówią sami świadkowie. Rzęśnianki, Maria Sarniak i Genowefa Adamska, dwie siostry, razem z kolejnymi trzema i ojcem musiały wręcz uciekać ze Lwowa. Maria Sarniak, najstarsza z rodzeństwa wspomina: Takie ogłoszenie było. Kto chce, ten może podpisać obywatelstwo ruskie i siedzieć na miejscu, a kto nie chce, niech się zapisze na wyjazd na Ziemie Odzyskane. Takie coś było. I ojciec mnie zapytał najstarszej, czy chcę tu zostać czy nie. Bo nas pięć było. Ja powiedziałam, że nie, że my tu nie będziemy z tymi Ruskimi. I czekaliśmy. Ale później znowuż było tak, że myśmy wyjechali wcześniej niż trzeba było, bo dlatego, że ja miałam taką styczność z tymi Ruskimi, że oni przywieźli już swoich ludzi. Nie wiem, czy to byli Ruskie czy Ukraińcy. I kazali nam, myśmy w kwietniu wyjechali, wyprowadzać się z domu. Nas było pięć. Ojciec był stary, matka zmarła. Myśmy byli po tyfusie prawie – że wszystkie. To ja nie chciałam w ogóle iść do szopy spać. A gdzie miałam iść? No i powiedziałam, że nie pójdę. A to był jakiś czy Ruski… organista taki, co w kościele grał tam u nich czy coś takiego… I zaraz poszli do NKWD, zawołali, nakłamali na mnie, że ja się do bicia rzucałam, że to, że tamto, a wcale nieprawda! Tylko oni tak specjalnie, żeby nas zabrali stamtąd. I wie Pani, przyszedł do mnie protokół spisywać. Jak on przyszedł protokół spisywać, to zaraz we Lwowie był taki PUR polski jeszcze. Zaraz poleciałam po tym protokole do tego PUR i powiedziałam, jak rzecz stoi, że tyle i tyle nas jest, tak i tak było, oni na mnie naskarżyli. A oni w PUR we Lwowie mówią tak: „Wie Pani co, my Pani przyspieszymy ten odjazd i niech Pani szybko ucieka, bo pójdzie Pani na Sybir! Bo to już jest przyklepane, jak oni byli już ci enkawudziści u Pani, to trzeba się spodziewać na dniach, że was wywiozą. Niech tylko Pani nigdzie nic nie mówi.” I myśmy tak zrobili. I myśmy wyjechali.

NKWD było zmorą Polaków działających w Armii Krajowej, również tych pochodzących z Zubrzy. Na własnej skórze odczuła to rodzina Bronisława Dzikowskiego: Kiedyś, tylko mogę powiedzieć, że po wojnie w lipcu, bodaj 19 lipca, znowu okrążyli Zubrzę, tam mnóstwo najechało się i łapanka akowców. I myśmy wszyscy byli w domu. (…) I ja z ojcem uciekłem, a Stachu mój brat starszy… Wszyscy my byliśmy i każdy na własną rękę uciekał. I Stachu nie miał się, gdzie podziać i wskoczył po sąsiedzku do stryjka i zakopał się tam. I oni wypikowali tam. I siedział później w Winnikach na NKWD… Zresztą wtenczas zastrzelili tego Stacha Leśnego w tej łapance. To już było po wojnie. Słowa te potwierdził Tadeusz Konopczak: Ale w ten rok przed wyjazdem to był ciężki rok, bo były prześladowania, bo wszyscy ci, co w czasie okupacji byli w Armii Krajowej, byli na celowniku. Wyłapywali, wywozili w głąb Rosji. W każdym razie straszne były warunki, które po prostu zmuszały, jak się nadarzyła okazja, wyjechać. Jak tu się wyjechało no to była taka ulga, że możesz spokojnie się spać położyć, że ci nic nie grozi i tak dalej. Na tych przykładach widać, że twierdzenie o dobrowolności wyjazdów, było z gruntu fałszywe. Zwłaszcza w sytuacji, gdy prawie połowa wioska służyła w Armii Krajowej.

We wspomnianych umowach ustalono również terminy rejestracji osób deklarujących wyjazd jak i ramy czasowe samych transferów. Dotrzymanie tych terminów było niemożliwe z powodu dużej liczby osób starających się o wyjazd jak i celowego opóźniania wyjazdów, aby nie dopuścić do utraty rolniczej siły roboczej, co musiało spowodować w dalszej perspektywie brak rąk do pracy przy zbiorach [B. Ociepka, Deportacje, wysiedlenia i przesiedlenia – powojenne migracje z Polski i do Polski, Poznań 2001, s. 13-14]. Ostatecznie terminy wyjazdów i rejestracji przedłużano. W interesującym nas rejonie Lwowa ostateczne ramy czasowe dla przesiedleń wyznaczono na koniec pierwszego kwartału 1946 roku. I w tym też okresie wysiedlono mieszkańców Zubrzy i Rzęsnej, w większości rolników. Powiat lwowski był okręgiem, w którym najpóźniej zakończono deportacje.

W archiwum znajdują się dane dotyczące liczby osób, które przybyły poszczególnymi transportami do Wielgowa, choć nie zawsze dostarczają nam wszelkich informacji. Pierwszy transport z ludnością pochodzącą z okolic Lwowa przybył do Wielgowa najprawdopodobniej 17 kwietnia 1946 roku. Wyruszył on z Sichowa – dzielnicy Lwowa i zabrał rodziny wywodzące się głównie ze wsi Zubrza, ale także z sąsiednich Sokolnik i Pasiek Zubrzeckich. 11 albo 12 kwietnia transport przybył do Gryfina, do Punktu Etapowego [Archiwum Państwowe w Szczecinie, Lista repatriantów z ZSSR].

Kolejny transport również wyruszył z Sichowa i przywiózł rodziny wywodzące się z tych samych wsi, co poprzedni. Do Wielgowa kolejna grupa zubrzan trafiła 22 kwietnia 1946 roku, zaledwie kilka dni po przybyciu pierwszej części podlwowskiej wsi. O tym, że dwie grupy trafiły do tej samej miejscowości zadecydował przypadek, który opiszę w dalszej części tego podrozdziału. Tymi dwoma transportami mogło przyjechać maksimum 210 rodzin liczących 766 osób, bo tyle repatriantów pojawiło się w gminie Załom w kwietniu 1946 roku [AP Szczecin]. Nie wszyscy musieli pochodzić z tych dwóch transportów, zwłaszcza, że inne źródło podaje, że w pierwszym transporcie z Sichowa przyjechało 27 rodzin. Nazwiska noszone przez zubrzan, którzy w tym okresie przyjechali do dawnego Augustwalde to: Białek, Biernacik, Chmara, Chudzicki, Cieślewicz, Ciężki, Dzikowski, Gadacz, Głowacki, Jaszke, Knap, Koller, Konopczak, Krukowski, Kurek, Łężny, Mierzyński, Serbinowicz, Skórzyński, Szynal, Szyndlarewicz, Zajkowski. Przesiedleńcy z okolic Lwowa stali się dominującą siłą w Wielgowie. Ale to nie był jeszcze koniec fali przyjazdów repatriantów.

15 maja 1946 roku przybył do Wielgowa transport z Rzęsnej Polskiej i okolic przywożąc na miejsce przeznaczenia 112 rodzin, czyli 443 osoby. Osoby, które wywodziły się z tej wsi nosiły między innymi następujące nazwiska: Adamski, Barański, Bonter, Makuchowski, Paszkowski, Sempik, Wierzbicki.

Większość przyjezdnych osiedliło się w Wielgowie i na Sławocieszu. Część zdecydowała się na zamieszkanie na przykład w pobliskim Niedźwiedziu (obecnie wieś znajduje się w gminie Kobylanka). Nie wszyscy jednak zdecydowali się na zamieszkanie w dawnym Augustwalde i okolicach. Jesienią 1946 i wiosną 1947 roku część rodzin ze Wschodu, zdecydowała się na wyjazd na Śląsk. Mówią o tym świadkowie jak i dokumenty: różnice powstały na skutek wyjazdu osadników, którzy odnaleźli rodziny na terenie innych powiatów (…). Pamiętajmy, że wsie Zubrza i Rzęsna zostały rozdzielone między różne województwa. Na przykład inne transporty z Zubrzy trafiły w okolice Zgorzelca i Namysłowa. Z kolei część rzęśnian trafiła do rejonów Wrocławia i Słubic. Często w wyniku deportacji rozdzielano rodziny, które teraz chciały się połączyć. Dlatego też w latach 1946 – 1947 część osadników zdecydowała się na wyjazd z dawnego Augustwalde.

Z relacji świadków możemy się dokładniej dowiedzieć, jak wyglądały przesiedlenia z Lwowa do Wielgowa (…). Z relacji Bronisława Dzikowskiego wynika, że ze stacji Sichów wyruszono 28 marca 1946 roku. W transporcie tym jechał również ksiądz Bryczkowski. Dalsza podróż wyglądała tak: w nocy z 28 na 29 marca 1946 roku przekroczono w Medyce koło Przemyśla ówczesną granicę (…). W dniu 1 kwietnia 1946 roku dojechaliśmy do miejscowości Mikulczyce koło Katowic i tam nastąpiło przeładowanie z radzieckich wagonów towarowych (szeroki tor) na wagony towarowe kryte PKP. Wbrew naszej woli nie pozwolono nam na osiedlenie się na Dolnym Śląsku [gdzie pojechał pierwszy transport z zubrzanami] i po kilku dniach dojechaliśmy do stacji Gryfino (…). W Gryfinie nie zgodziliśmy się na wyładowywanie z wagonów. Wówczas cały transport skierowano na bocznicę stacji kolejowej Reptowo, znajdującą się w lesie w kierunku jeziora Miedwie. Tam pozostawiono nas bez wody, tak koniecznej dla ludzi i żywego inwentarza. Warunki te zmusiły nas do wyładowania się w tej okolicy. Wybrano wówczas miejscowość Wielichowo – Stanisławówkę (obecnie Wielgowo i Sławociesze). Transport przemieszczono ze stacji Reptowo do stacji Zdunowo, gdzie w dniach 16 i 17 kwietnia 1946 roku nastąpiło osiedlenie (…) [maszynopis wspomnień Bronisława Dzikowskiego].

Zubrzanie podróżowali koleją prawie trzy tygodnie bez przerwy, co dziś wydaje się być niewyobrażalne. Wynikało to między innymi z tego, że pociąg często się zatrzymywał, aby przepuścić transporty wojskowe. Podróż wydłużała się ponad miarę, a to powodowało, że warunki były bardzo ciężkie, co potwierdzali wszyscy świadkowie: Podróż wyglądała okropnie. (…) wagony bydlęce, nieogrzewane. Tam jakieś powstawiali piecyki, bo to jednak marzec, to zima prawie. Tam się ogrzewali, a w innych wagonach były: inwentarz, krowy, świnie, konie, narzędzia. Ani tam ciepłej wody, ani w ogóle wody. Jak tam się gdzieś stanęło, to co kto miał, to jakąś wodę skombinował. No i ogólnie to była między innymi (…) wszawica. Każdy jeden wszy miał. I tutaj, jak przyjechaliśmy, to w pierwszym rzędzie rodzice rozpalili ognisko i wszystkie ciuchy, które mieliśmy na sobie, palili. Bo mieli też inne w zapasie, tam w pakach porobione. [Zapis wywiadu z Kazimierzem Szyndlarewiczem]. Ciekawą rzecz opowiedziała mi Rozalia Sala, której nie poruszyli inni świadkowie. Ukazywała ona pazerność kolejarzy i wieczne, ludzkie dążenie do poprawy swojego bytu nawet kosztem słabszych: Pomocnik maszynisty chodził i w czapkę kolejową zdjął i „trzeba parę tych złotych dać, bo drzewa trzeba kupić. Węgla. Bo coś trzeba robić.” Mówią: „Ale przecież my w lesie stoimy. To trzeba spuścić jakieś dwa drzewa i wsadzić do wagonu.” Ale oni chodzili i zarobili pieniądze, bo wieźli nas trzy tygodnie. (…) To co raz się psuje, no to dawali pieniądze [zapis wywiadu z Aleksandrem Salą].

Kolejnym transportem z Zubrzy przyjechał między innymi Tadeusz Konopczak. On także miał równie ciężkie warunki: Nasz transport był trzecim z kolei – 5 kwietnia 1946 roku w 14 – tą rocznicę moich urodzin wraz z rodziną ruszyliśmy koleją w kierunku granicy polskiej. Transportem jechało około 75 rodzin w wagonach towarowych. (…) Największym problemem była woda, tak dla ludzi, jak i dla zwierząt. Jedynym źródłem pozyskiwania wody były studnie na dworcach towarowych zaopatrujące parowozy. Z higieną osobistą było nienajlepiej. Prawie wszyscy nabawiliśmy się wszawicy. Na początku wielkiego tygodnia przed Świętami Wielkanocnymi dotarliśmy do Stargardu Szczecińskiego, gdzie po dwudniowym postoju zawieziono nas do Łobza (Łobezu) z propozycją osiedlenia się tam. Z propozycji nie skorzystaliśmy i w Wielką Sobotę po raz drugi wylądowaliśmy w Stargardzie. Tym razem kolej definitywnie nakazała nam wyładunek na bocznicy dworca towarowego. W międzyczasie zupełnie przypadkowo dowiedzieliśmy się, że zubrzanie z poprzedniego transportu osiedlili się w Stanisławówce i Wielichowie (tak w tym czasie nazywały się Sławociesze i Wielgowo). Pertraktacje z koleją o odholowaniu naszego transportu do Zdunowa skończyły się fiaskiem i w drugi dzień Świąt Wielkanocnych musieliśmy się wyładować na wyżej wspomnianej bocznicy. (…) Rozpoczęła się wędrówka ze Stargardu do Stanisławówki – Sławociesza. Z krowami po dziesięciu godzinach marszem pieszo dotarliśmy tam tego samego dnia, natomiast zwiezienie całego dobytku furmankami zajęło ojcu kilka dni.

Przy okazji powyższych relacji można zauważyć, że ludność przy wyborze nowego miejsca zamieszkania miała niewiele do powiedzenia. Obie grupy zubrzan trafiły do Wielgowa przypadkowo. Powstaje pytanie, w jaki sposób druga część wsi dowiedziała się o tym, gdzie znalazła się pierwsza. Tadeusz Konopczak szerzej wyjaśnił to w rozmowie: I z powrotem nas do Stargardu. (…) I zupełnie przypadek sprawił, bo myśmy stali na dworcu towarowym, wywąchali, gdzie jest dworzec osobowy i już tam niektórzy polecieli. Piwa można było kupić, a pieniądze mieliśmy tylko ruskie, a tutaj chodziły ruskie pieniądze i przypadek sprawił, że ktoś tam na tym dworcu osobowym spotkał zubrzanina, z ich [wcześniejszego] transportu, który tu mieszkał. „Co ty tu robisz?” „No, my tu niedaleko mieszkamy.” „Gdzie?” „No, w Zdunowie.” „Gdzie to jest?” „No, w kierunku Szczecina.” I wtedy tak: mój ojciec, Biernacik Wojtek, Szynal Jasiek i ktoś tam jeszcze wsiedli w pociąg z nim, z tym przygodnie spotkanym zubrzaninem i pojechali popatrzeć, gdzie mieszkają. Właśnie to przypadkowe spotkanie w Stargardzie Szczecińskim zadecydowało o tym, że druga grupa zubrzan osiedliła się w Wielgowie.

To nie był jednak koniec transportów z okolic Lwowa. Jak pamiętamy w maju do Wielgowa przybyli rzęśnianie. Tym transportem podróżował między innymi Stanisław Paszkowski i Karolina Wszołek, wówczas Sempik. Pierwszy ze świadków był wtedy dzieckiem i jak przyznaje patrzył na tę podróż inaczej niż dorośli: I tam w Brzuchowicach na bocznicy podstawiono wagony towarowe do których nas zapakowano, że tak powiem, po 2 – 3 rodziny w zależności od wielkości tych rodzin. W oddzielnych wagonach jechał dobytek żywy: krowy, konie. (…) To była dla nas, dzieciaków, cudowna przygoda, bo pociąg jechał pomału, zatrzymywał się. Bawiliśmy się, skakaliśmy z dachów, ganialiśmy się w czasie jazdy po szczytach wagonów. Bardzo fajna przygoda dla nas, dzieciaków. Myśmy to bardzo entuzjastycznie przyjęli (…) [zapis rozmowy ze Stanisławem Paszkowskim].

Karolina Wszołek opisuje swoją podróż w taki sposób: Ano, trzy tygodnie. Często stawał w polach, łąkach. To wszystko wyskakiwało i trawę żeśmy dla krów narwali i wrzucali. (…) Ale trzy tygodnie już zbrzydło. Człowiek jak kocmołuch jechał, ani się obmyć. Wszystkie opisane transporty miały zatem wiele wspólnego. Trwały bardzo długo, podczas nich nie było możliwości dbania o higienę osobistą, co powodowało wszawicę i inne dolegliwości. Utrudniony był dostęp do wody. Na szczęście ludzie byli na tyle zapobiegliwi, że wzięli ze sobą odpowiednią ilość żywności. Ponadto w literaturze dotyczącej przesiedleń dużo się mówi o sporym sukcesie akcji równoleżnikowej, przynajmniej jeśli chodzi o tereny dzisiejszej zachodniej Ukrainy. Akcja równoleżnikowa miała zapewnić wysiedlonym podobne warunki klimatyczne i glebowe. Niestety, w przypadku Zubrzy i Rzęsnej stało się inaczej. Zamiast na Śląsk wysłano ich na Pomorze Zachodnie. Mało tego, jednemu z transportów zubrzan wręcz zabroniono osiedlania się w okolicach Wrocławia.

Z Zubrzy i Rzęsnej Polskiej nie wysiedlono wszystkich Polaków. Część zgodziła się na przyjęcie obywatelstwa radzieckiego i pozostała w swoich dawnych gospodarstwach. Jak wynika z badań Jana i Moniki Czerniakiewiczów sytuacja w okręgu lwowskim była następująca: inaczej przedstawiała się zaś sprawa rejonu lwowskiego. (…) Odpowiedni wskaźnik ludności przesiedlonej wynosi 40 procent, przy czym uwzględniając nakreślone wyżej okoliczności wojenne można założyć, że jeśli nie połowa, to znaczna jej część pozostała na miejscu [J. Czerniakiewicz, M. Czerniakiewicz, Przesiedlenia ze Wschodu 1944–1959, Warszawa 2007, s. 96].

Wydaje się jednak, że przynajmniej z Zubrzy wysiedlono większość Polaków. O tym jednak, że część nie zdecydowała się na opuszczenie swojej małej ojczyzny, świadczy poniższe zdjęcie pochodzące z cmentarza w Zubrzy:

[tekst stanowi część pracy magisterskiej Katarzyny Teresy Marciszewskiej, Od Augustwalde do Wielgowa.  Polscy, niemieccy i radzieccy mieszkańcy  w latach 1939 – 1949].

 

3 KOMENTARZE

  1. Dzień dobry, piszę w związku z historią Rzęsny Polskiej, a raczej pewnego jego fragmentu.
    Zależałoby mi na kontakcie, by dokładnie przedstawić zagadnienie, którym chcę się zająć.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here