Poniżej prezentujemy wspomnienia Pana Ludwika Ferenza [rocznik 1930], urodzonego w Pasiekach Zubrzyckich koło Lwowa. Obecnie mieszkańca Zielonej Góry, pomimo 90 lat aktywnego wolontariusza zielonogórskiego hospicjum i członka chóru kościelnego, z którym wędruje od wielu lat po całej Europie Wschodniej. Wspomnienia będziemy publikować tutaj jeszcze kilkukrotnie. Tutaj opisuje pierwsze dni wojny.

[1939, wrzesień]

„Pierwsze niemieckie bomby spadły w 1939 roku. Byłem wtedy na polu niedaleko domu naszego sąsiada Helwina. Niemiecki samolot tuż nade mną wypuścił dwie bomby, które tak potwornie wyły, że schowałem się pod drzewo. Spadły około 600 metrów dalej, za drogą do Dawidowa zabijając jedną krowę i raniąc konia. W drugim tygodniu wojny pociągi ze Stanisławowa wiozły polskie wojsko na front (…)

W 1939 roku niemieckie samoloty pojedynczo nie mogły dolecieć do Lwowa. Choć było niewiele artylerii (tylko 4 baterie najnowszego typu artylerii produkowano w Polsce), polska obrona przeciw lotnicza nie pozwoliła na ich samotny rajd. Tuż przed wybuchem wojny wysłano dużą ilość dział do Francji. W dzień niemieckie samoloty bombardowały Lwów, zawsze zapalając obiekty naziemne.

W trzecim tygodniu wojny Niemcy przyszli od południa. Przechodząc przez Zubrzę, zatrzymując się w Sichowie. Spalili pół wioski dając tym samym sygnał gdzie się znajdują. Polacy z artylerii ze Lwowa obstrzeliwując Niemców zmusili ich do wycofania się do Pasiek. Od początku wioski aż do Żyrawki, Niemcy okopali się po polach w pozycji leżącej. Między okopami padały pociski z polówek. Wszystko to działo się blisko naszego domu. Niemcom nie udało się zdobyć Lwowa.

W naszej stodole był szpital. Leżał tam Polski żołnierz ciężko ranny w obojczyk. Niemiecki lekarz operował go. Widziałem jak nożyczkami wycinał ciało poszarpane przez granat. Ranny żołnierz rozmawiał z nami, opowiadał jak został ranny. Z jego słów wynikało, że wykopał okop i w chwili kiedy sięgał po karabin tuż przy nim eksplodował granat. Prosił Boga o śmierć.

Niemcom nie dostarczono żywności i wściekali się. Widziałem jak jeden major-lekarz wyjął pistolet i przystawił Mamie do skroni. Powiedział, że jeśli nie znajdziecie chociaż jednego jajka, to zastrzelę Mamę. Znalazłem, dałem mu, a on biegał i pokazywał je wszystkim dookoła. Niemcy nie mieli co jeść, pili mleko, a kiedy świeżego mleka brakło, znaleźli w piwnicy dużo kwaśnego. Nikt z nich nie chciał go pić, bo uważali, że jest zepsute. Zabrali natomiast całe wiadro i garnek gliniany smalcu. Potem zabraliśmy wszystkie zwierzęta i poszliśmy drogą koło kapliczki między okopami Niemieckimi. Nikt nas nie zatrzymywał. Przenieśliśmy się do Babci Pierzchawki [w innej części wsi Pasieki Zubrzyckie – moje]. Tam byliśmy wszyscy oprócz Mamy. Mama została w naszym domu aż do przyjścia Armii czerwonej. Ojciec widział jak niemiecki żołnierz szedł do lasu, a z lasu wyszedł żołnierz radziecki i podali sobie ręce. Ojciec powiedział że wolałby umrzeć niż to zobaczyć. Polacy mieli rozkaz nie walczyć z Sowietami. Tylko nieliczne oddziały broniły się, lecz Armia Czerwona od razu robiła czystkę. Na ulicach oficerom, policjantom wbijano pikę w serce i …do rowu. Bardzo dużo granatowych leżało po rowach. Rodziny ich odszukiwały i grzebały ich ciała. My wróciliśmy do domu. Po południu przyszli do nas  sąsiedzi, usiedli na ganku i na schodach rozpaczając, że już na wybrzeżu ostatni punkt oporu poddał się i Polski już niema. Mama wraz innymi kobietami płakały.

A w Zubrzy naprzeciw naszego domu orkiestra dęta grała. Sowieci grzebali Niemców z honorami. Polacy z działa trafili w niemiecki samochód pełen wojska. Niemcy wycofują się w pośpiechu nie zdążyli pochować zabitych. Radzieccy towarzysze grzebali ich z honorami wojskowymi, zrobili im nagrobek w kształcie ostrosłupa. W koło zbiorowej mogiły postawili płot, a wszystko tandetnie po Sowiecku. A na szańcach był grób Niemca. Miał pięknie wykonany krzyż z trzech kolb karabinowych, na mogile leżał hełm.

Sowieckie wojsko wyglądało przeokropnie. Czapki ze szpicami, płaszcze z frędzlami, karabiny na sznurkach, buty dziurawe… jednym słowem nędza. Jedynie czołgi mieli dobre. Wybrałem się na grzyby do lasku pod torami. Miałem wtedy 9 lat. Usłyszałem warkot silników. Po chwili z krzaków wyjechał czołg. Zakręcił w moim kierunku. Zacząłem uciekać, schowałem się za drzewo. Czołg wtedy zmienił kierunek. Wraz z innymi czołgami pojechał do Lwowa. Potem, w tym samym lasku, zatrzymało się na dłuższy czas remontu około 12 czołgów. My, mali chłopcy co dzień przyglądaliśmy się, a oni pytali nas: Gdzie jest Pan? oczywiście mówiliśmy że nie ma panów, a oni odpowiadali, że już byli u hrabiego Towarnickiego [Henryk Towarnicki – dzierżawca dworu w Pasiekach Zubrzyckich, poseł na sejm II RP], ale go nie ma. Sztab z oficerami radzieckimi i dwóch cywili przyjechali bardzo długim samochodem otwartym, reprezentacyjnym [czajką]. Od pierwszych dni już wykańczali bogatych i mądrych, a biednym dzieciom dawali stare spodnie, bluzy, zupę fasolową.

We Lwowie na ulicach legitymowano wszystkich lepiej ubranych. Każdy musiał pokazać ręce. Jak nie miał nagniotków to szedł z nimi i już nie wracał. W sklepach wszystko wykupili. Nic już w nich nie było, tylko na bazarze można było wszystko kupić. Brak cukru, słoniny, mydła, mięsa, wszystkiego brakowało. W ten czas poznaliśmy kolejki. Przed wojną nie znaliśmy tego, ażeby czegoś w sklepie brakowało. Wprost było to nie do pomyślenia. Porządek, dbałość i sumienność były honorem wykonywanej pracy. To prawda, że pracy było mało. Jak ktoś dostał pracę to ją szanował i wykonywał najlepiej jak umiał. Była bardzo duża konkurencja i każdy solidnie pracował. Przed wojną robotnik był najniższą grupą społeczną, a urzędnik państwowy najwyższą. Była bardzo duża różnica w kastach. Już od szkoły podstawowej dzielono się na grupy. Dopiero AK zjednoczyła wszystkich razem w jedną organizację, wszyscy byli równi. Okupacja sowiecka ludziom znaczącym zgotowała ciągły niepokój. Groziła im wywózka na Sybir. Ludzie w rozpaczy zaczęli pić, alkohol był bardzo tani, to jedno co było w sklepach. Cała rodzina czekała w udręce kiedy po nas przyjdzie NKWD.

[1941, czerwiec]

Wybuch wojny z Niemcami ocalił nas od wyjazdu na Sybir. Cieszyli się wszyscy że dwóch odwiecznych wrogów zaczęli ze sobą wojnę. Niemieckie samoloty bombardowały Lwów co dzień od godziny 11t-ej, przez około 2 godziny. Sowieckie działa przeciwlotnicze, było ich bardzo dużo, strzelały bardzo niecelnie. Pociski rozrywał się daleko od samolotów. Jeden bombowiec zestrzelili. Spadł tuż przed bramą cmentarza Łyczakowskiego. Ocalał jeden lotnik ze złamaną ręką krzycząc „haj hitla”. Sowieci bardzo szybko zaczęli wycofywać się ze Lwowa. Zabierali ciężkie działa, czołgi i przeciw lotnicze, tak że dwa dni samoloty niemieckie latały bezkarnie nad Lwowem, smugami pisząc hasła dla wojsk niemieckich. W tym czasie mój ojciec był w mieście którym panował wielki chaos. Z okien strzelano do sowietów a oni łapali mężczyzn stawiali pod ścianą i rozstrzeliwali ich …Mojego ojca złapano postawili go pod ścianą, w tym czasie ktoś strzelił z okna wojsko pobiegło zanim a ojciec uciekł.

Niemiecki samolot wypuścił dwóch skoczków na spadochronie gdzieś za torami. Sowieckie wojsko szukało skoczków szpalerem od torów w stronę Zubrzy. Przeszukiwało całą Bosznie [lokalna nazwa jednej z części wsi Pasieki Zubrzyckie, sąsiadujących z Sichowem]. Potem poszli dalej. Na łące, miedzy naszą posesją a torami kolejowymi, rosły dwa dęby. Zobaczyłem, że z nich schodzi dwóch ludzi bez broni, ubranych w sowieckie mundury. Pobiegliśmy do nich. Chętnie z nami rozmawiali po polsku, pytali nas gdzie stoi wojsko, myśmy mówili że za torami, a oni że wiedzą i nie są z nimi. Ja zapytałem skąd umieją tak mówić po polsku, a oni, że to taka formacja. To działo się do południa. Około godziny piętnastej przyszli Niemcy od szosy stryjskiej z Zubrzy obstrzeliwując Pasieki za torami. Tam zatrzymał się niewielki oddział sowiecki. Miał jeden pluton wojska, dwa ciągniki i jedną haubicę. Niemcy mieli dobre rozpoznanie. Zaczęli ostrzał tak, że pociski leciały tuż ponad naszym domem. Trafiły w radziecki ciągnik na gąsienicach. Palił się ponad godzinę. W tym czasie niemieckie wojsko na rowerach podjechało na szlaban. Lokując się na torach i za torami między drogą do Dawidowa w wąwozie dzielącym Sichów i Pasieki. Niemcy wysłali na rozpoznanie transporter opancerzony na gąsienicach. Strzelali jadąc szosą z Sichowa do Dawidowa. Od pół południa mijali lasek, w którym zatrzymał się oddział sowiecki z dwoma ciągnikami. Haubica była w czystym polu około 700 metrów dalej, koło mostu żelaznego. Jednym pociskiem trafili w transporter, więcej pocisków nie mieli. Niemiecki transporter doszczętnie spłonął. W tym czasie wojsko sowieckie weszło do wąwozu, torami idąc na Sichów. Za semaforem była polana pochylona w kierunku Sichowa, prowadząca na północ do lasu. Przecinała ją droga do Dawidowa. Sowieci wyszli na polanę wprost pod niemieckie karabiny maszynowe i zaczęła się rzeź. Niemcy strzelali jak do tarczy. W ciągu 20 minut zabili wszystkich 38 żołnierzy, jedynie obsługa haubic nie wiadomo gdzie się podziała. Po zakończeniu strzelaniny z Sichowa polami jechał mały samochód w stronę domu Ginalskiego. Po chwili przyszli Niemcy. Naprzód piechota, a potem działa samojezdne. Było ich bardzo dużo, jechali polami, nie drogą. Koło kapliczki w sadzie Józefa Ferenza zrobili skład rowerów. Wszystkie rowery spod rampy przeprowadzali do sadu. My jako dzieci pomagaliśmy im. Dla nas to była zabawa. Pod rampą dwóch Niemców (jeden siedział na motorze) rozmawiało ze sobą. Ten na motorze powiedział, że za torami leżą zabici. Namawiał kolegę, żeby poszedł i zobaczył ten potworny widok. Niemiec nie chciał tam iść. Ja słuchałem i wszystko rozumiałem. Zdawało mi się że rozumiem po niemiecku, a oni rozmawiali po Śląsku. Byliśmy tak zaangażowani rowerami, że nie zwracaliśmy uwagi na to co mówią Niemcy. Dopiero później dotarła do mnie ta okrutna wiadomość. Na drugi dzień poszliśmy oglądać zabitych. Widok potworny. Ci sami ludzie, których Mama karmiła chlebem i mlekiem poprzedniego dnia teraz leżeli martwi w różnych pozycjach. Najwięcej ich było w fosie przy torach i na polanie. Jeden z nich siedział z karabinem na kolanach, inni w agonii, z bólu wydarli pod sobą dołki, które potem napełniły się krwią. Niewielka polana była pokryta trupami. Idąc w stronę szosy zabitych było coraz mniej, a za szosą tylko czterech. Chcąc dobiec do lasu brakło im około 200 metrów. Polana-pastwisko miała około 120 metrów długości i szerokości 40 m. Od strony Sichowa płynął mały strumyczek. Z drugiej strony były pola zasiane żytem. W życie było jeszcze dwóch zabitych. Wszyscy leżeli przez 3 dni na słońcu. Czwartego dnia Niemcy zwołali chłopów z łopatami. Wykopali trzy groby o rozmiarach 2 na 2, głębokości też 2 metrów. Pierwszy grób blisko torów na polanie, drugi na środku polany, trzeci bliżej drogi do Dawidowa. W pierwszym grobie na pierwszą warstwę położono wzdłuż pięciu zabitych żołnierzy. Na drugą warstwę w poprzek też pięciu i trzecią warstwę w poprzek też pięciu. W drugim grobie pochowano trzynastu. W trzecim dziesięciu. Do pierwszego grobu wrzucili kilka granatów. Zasypali groby, ułożyli na nich hełmy, broni już nie było. Na wiosnę z tych grobów wypływała maź galaretowata.

[cdn.]

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here